"Mężczyzna imieniem Ove" - za duże serce (ocena 10/10)
- Andrzej
- 8 kwi 2017
- 1 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 1 lut 2023

Szwedzki kandydat do Oscara.
Niezwykle uroczy film, wzruszający, zabawny, a nawet pouczający: nie oceniajmy sąsiada tylko dlatego, że ci zabrania wjeżdżać na osiedle strzeżone i parkować pod oknem.
Życie Ove zaznaczone jest wieloma tragediami. Może dlatego ma obecnie podejście niedostępnego gbura. Stracił żonę, za którą tęskni i codziennie chodzi na jej grób. Co gorsza jeszcze po 43 latach pracy w kolejnictwie dwóch młokosów wyrzuca go z pracy. Jeszcze bardziej zaangażuje się w pilnowanie porządku na osiedlu. Mimo że stracił funkcję przewodniczącego rady osiedla - na rzecz swojego przyjaciela, co nazywa zamachem stanu. Ove uznaje tylko jeden samochód SAAB, każdy kto jeździ czymś innym na dzień dobry ma jeszcze bardziej przechlapane. Na osiedle sprowadza się nowa rodzina, z małymi dziećmi, z matką z Iranu - jak się dogadają z Ove?
Jest to niezwykły film, w klimacie kina skandynawskiego. Ale ma w sobie coś więcej: zapewne dzięki tym wszystkim tragicznym rzeczom, o których się dowiemy w idealnie pomyślanych retrospekcjach. Kto nie pokocha Ove chyba nie ma serca. Identyfikujemy się z tą postacią tak silnie, że aż trudno uwierzyć w jej fikcyjność.
Scenariusz jest oparty na książce Fredrika Bachmana - książka jest jeszcze bardziej urocza.
Piękny film, tylko dlaczego trzeba błagać o bilety na warszawskiej Wiośnie Filmów, a mimo nominacji oscarowej nie wszedł do regularnej dystrybucji?